poniedziałek, 5 maja 2014

Rozdział III - Wejście do własnego domu nigdy nie było takie trudne

 Wyjęłam telefon z kieszeni. 41 nieodebranych połączeń. Pewnie myślą, że się zabiłam. Zaraz będą dzwonić do zakładu pogrzebowego, jeśli ich nie uspokoję. Napiszę Markowi smsa
"Żyję, nie wiem kiedy wrócę, jeszcze dzisiaj ale tylko po kilka rzeczy. Mam ważniejsze sprawy na głowie niż słuchanie kazań doktora Fostera i chodzenie do szkoły:*:*"
Nacisnęłam przycisk wyślij. Po chwili otrzymałam smsa. Od Marka
"To przynajmniej powiedz gdzie jesteś!"
"Nie, bo przyjedziecie hihihihihi buziaki"
Pozostałe sms ignorowałam. Nie mam ochoty odpowiadać na nie.
-Pani Ellie panią prosi-usłyszałam słowa kierowane do mnie
-uh, dobrze... Która sala?
-186.-parsknęła pielengniarka
 Wstałam z plastikowego (jakże wygodnego) krzesła i ruszyłam w stronę ogromnych szklanych drzwi. Weszłam na schody i szukałam odpowiedniego piętra co mi trochę zajęło, bo na ogół nie miałam problemów ze zdrowiem (pomijając anoreksję) i nie musiałam nigdy odwiedzać tego miejsca. 
 Po 15 minutach poszukiwania sali w końcu ją znalazłam! 186. Zapukałam trzy razy i powoli otworzyłam drzwi. Zobaczyłam Ellie, już w lepszym stanie. Na mój widok jej twarz automatycznie rozpromieniła się. 
-Hej!
-Cześć. Jak się czujesz?
-Lepiej. Zdecydowanie lepiej. Całą noc tu siedziałaś? 
-A co miałam robić? Iść do domu? O 5 nad ranem? A poza tym: nie znasz mojej rodziny. Matka nawet by nie zauważyła. 
-Ale chociaż wiesz jak TY wyglądasz?
 Dopiero teraz do mnie dotarło, że cały czas mam na sobie bluzę, T-shirt z Kapitenem Ameryką i dresowe spodnie.  Uh.. Tak jak myślałam. Chyba będę musiała iść do domu.
-Nie chcesz iść się przebrać?
-Chyba będę musiała-wymruczałam 
-Nie chcesz?
-No... nie za bardzo
-Ale chyba musisz, przynajmniej im powiedzieć że...
-Nie mam zamiaru tym dupkom mówić o czymkolwiek!
-Em... czemu?-Teraz zauważyłam, jak bardzo Ellie jest ciekawska.
-Mam... jakby to ująć... nieciekawe relacje w rodzinie.
-Oki.
-To ja chyba już pójdę-wymusiłam uśmiech
-Okej-i jeszcze lubi słowo "OK"- tylko wróć!
-Taki mam zamiar-powiedziałam zamykając drzwi.
 
                  ***

  Otworzyłam tylne drzwi żółtego pojazdu.
-Na Wolfstreet 75.
-Już.-usłyszałam cichą odpowiedź
 Przez całą drogę obmyślałam, jak dyskretnie wejść do domu, nie robiąc afery. To może być dość trudne. Drzewo? Nie, mam zamknięte okno. Balkon- nie zamierzam wywarzać drzwi.
-To... wysiadasz?-z zamyślenia wyrwał mnie zachrypnięty głos taksówkarza.
-uh, tak.
 Zapłaciłam kierowcy i wysiadłam z samochodu. Wszystkie taksówki tak śmierdzą? 
 Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie lepiej po prostu wejść? Tak normalnie, jak człowiek... Najpierw muszę sprawdzić, czy może mam wyjątkowe szczęście i Marka nie ma w domu. 
 Powoli wyszłam zza krzaków i zaczęłam skradać się pod okno w salonie. Po drodze zaryłam kolanami w ziemię, strasznie się przy tym brudząc. W duchu miałam nadzieję, że nie narobiłam hałasu. 
 Kiedy podeszłam do ogromnego okna dyskretnie wychyliłam głowę zaglądając do środka. Nie zobaczyłam nic szczególnego; sofa, akwarium, wielki żyrandol i telweizor. To co zawsze. 
 -Nie nudzisz się?
-Cholera, pokurwiło c... oh. Od kiedy tu stoisz?
-Proszę, dokończ.-Mark tylko udawał spokojny głos. Jego oczy czasem mnie przerażały, nie wiem czemu. Jak zwykle miał ulizane, krótkie włosy, brudny od ziemi T-shirt z logiem jakiegoś californijskiego klubu futbolowego z kiczowatym podpisem "JEDZ, MÓDL SIĘ, ŁAP PIŁKĘ" i dziurawe jeansy. Spogladał na mnie, z udawaną troską.
-Ja tylko...A gówno cię to obchodzi?! Nagle zacząłeś mnie kochać?! Przyszłam się przebrać i ogarnąć. Zadowolony?
-Gdzie byłaś?
-Pozwól że powtórzę-teraz ja przemówiłam do niego tak samo udawanym głosem-A gówno cię to obchodzi?
-Jesteś trudna.
-Powiedz mi coś czego nie wiem?
-Jeżeli jeszcze raz uciekniesz to zadzwonię na policję. 
Wybuchłam niepochamowanym śmiechem.
-Proszę cię, nie rób z siebie idioty. 
-Jesteś żałosna.
-Rozśmieszasz mnie.-powiedziałam kierując się w stronę głównego wejścia. 
 Chwyciłam za klamkę i mocno przycisnęłam ją. Zamknięte. 
-ej lokaj!
 Cisza.
-Looooooooooooookaj!
 Znowu cisza. 
-Mark!
-Słucham?-wiedziałam, że tylko go denerwuję "lokajem".
-Po pierwsze: kto normalny zamyka na klucz drzwi, które są 2 metry od niego? Po drugie: otworzysz je czy mam wybić okno?
-Jak powiesz gdzie byłaś.
-Śnisz.
-Okej. Albo powiesz mi gdzie przebywałaś całą noc, albo porozmawiamy inaczej.
-Szantaż? Okej. Drogi Marku (udawany głos wrócił!). Czy pamiętasz kiedy byliśmy w Toronto w 2003?
-T-tak- oczywiście, że bardzo dobrze to pamięta.
-A pamiętasz kiedy zostawiłeś mnie (7-letnią mnie) samą w domu na 3 godziny? Jestem wielce ciekawa gdzie byłeś i z kim-złowieszczo uśmiechnęłam się spoglądając na drzwi-Pani Dawson też chętnie posłucha tej historii. Więc albo grzecznie otworzysz mi drzwi, albo równie dobrze możesz zacząć się pakować.
 Tak... Teraz to ja przejęłam władzę. Blady Mark niechętnie podszedł do drzwi, wyjął z kieszeni klucze, i otworzył je. Ręką dał mi znak, że mogę wejść.
 Zadowolana z siebie zdjęłam buty i weszłam do salonu. Automatycznie opadłam na miękką sofę. Położyłam głowę na oparciu i bezmyślnie wpatrywałam się w sufit. Lecz cały czas czułam na sobie wzrok Marka. Po cholerę on tu stoi?
 Leniwie wstałam i rozejrzałam się po pokoju poszukując czegoś, co przykuje moją uwagę. I znalazłam.
-u, whisky!
-Dotknij butelki,a załatwię ci wycieczkę do pana Fostera.
Uśmiechnęłam się pod nosem.
-Tak? A co powiesz na to?
 Wyjęłam z torebki paczkę papierosów i białą zapalniczkę. Wzięłam do ust szlugę i podpaliłam ją. Mark wyglądał na trochę bardzo zszokowanego. 
-Co ty-
 W tym momencie dmuchnęłam mu w twarz smugą szarego dymu. 
-Nie będziesz mi rozkazywać-wyszeptałam z chytrym uśmiechem. 
 Zamurowało go. Nogi wrosły mu w ziemię. Ja, roześmiana, z papierosem  w ustach, wzięłam w rękę całą butelkę alkoholu, kilka razy obróciłam się w miejscu i uśmiechnięta pokierowałam się w stronę schodów. Zanim weszłam na pierwszy stopień spojżałam przez ramię na Marka, który stał jak słup.
 Jestem w domu.


                                     ***

 Ze szpitala wyjechałam ok.10. Jest... 19!? No to powrót do domu trochę mi zajął. A już szczegółnie "odpoczywanie". No wsumie; czego się po mnie spodziewać kiedy mam przy sobie whisky? 
 Podparłam się na łokciach. Słońce mocno świeciło, oślepiając mnie. Postanowiłam wstać z łóżka, co w tym momenicie nie było najlepszym pomysłem. Spadłam z hukiem na podłogę. Dawno nie piłam, co z resztą widać po moim zachowaniu. 
 -Dobra Zoey, trzeba się ogarnąć-powiedziałam do siebie, podpierając się na szafce koło łóżka. Z trudem podniosłam się i odrazu zaczęło mi się kręcić w głowie. Spojżałam na szklaną butelkę. Pusta. I teraz pozostaje mi w głowie tylko jedno pytanie. Wrócić do szpitala, czy zostać na noc w domu? 
 Narazie odpuszczę sobie przemyślenia, i pójdę zrobić sobię kawę. Potem pomyślę.
 Powoli wyszłam z pokoju i weszłam na schody. Zchodząc z nich zauważyłam światło w kuchni. Mark pewnie coś gotuje. 
 Chwiejnymi krokami schodziłam ze schodów. Wydawało mi się, że ciągną się w nieskończoność. Idę już chyba 5 minut! 
 Po męczących 5 minutach mojego życia (które potem okazały się 15 sekundami) w końcu zobaczyłam ostatnie schodki. Podskoczyłam z radości co okazało się beznadziejnym pomysłem nr.2. Kiedy całkowicie zorientowałam się co się stało, już leżałam na patrerze. Przynajmniej dostałam się tam. 
-NIC MI NIE JEST!-wydarłam się na cały dom, myśląc, że ktoś się o mnie martwi.
 Podniosłam się z jakże wygodnej podłogi, i ruszyłam w stronę niewiarygodnie potrzebnego mi teraz ekspresu do kawy. Po drodze kilka razy potknęłam się i zaryłam stopą o stół. 
-Kto tutaj postawił to cholerstwo?!-wrzasnęłam, aż Mark wykrzywił twarz. Spojżałam w górę, na zdezorintwanego mężczyznę. 
-O! Witam! Cotamjaktamehehehehhehe-wyrzuciłam z siebie ciąg słów, niezrozumiałych dla trzeźwych. Potem wybuchłam niepochamowanym, histerycznym śmiechem.
-Jesteś nienormalna.
-Ranisz mnie! Ja myślałam, że się przyjaźnimy!-wybuchłam płaczem.
Mark głęboko westchnął i spojżał na mnie.
-eh.. Nie płacz. Jaką chcesz kawę?
-Nie odzywaj się do mnie.
-Latte z podwójną pianką?
-Tak.-wydęłam usta, i usiadłam na blacie. Czułam się, jakby mój kręgosłup miał zaraz złamać się w pół. Szukałam czegoś wygodnego do ułożenia głowy. Postanowiłam, że położę się na mikrofalówce.
-Wygodne...-cicho jęknęłam-tak bardzo wygodne...
-To mikrofaló..
-Jest milsza od ciebie.
 Chwilę tak milczeliśmy słuchając mielenia kawy. Po chwili moje latte było gotowe
-Masz, pomoże.
-KAWA!-wrzasnęłam wyrywając z ręki Marka napój. Wciągnęłam od razu całą piankę-pyszne.
-Nie chcesz iść się położyć?
-Co ty Mark! Cała noc przed nami! Tańczymy?
-Idź spać.
-Nie chcesz to nie, nie odzywaj się do mnie. Zostanę tu sobie z kawą a ty się zamknij. 
-Zaśniesz tutaj?
-A ŻEBYŚ WIEDZIAŁ!- po tych słowach opadłam na mikrofalówkę, i zasnęłam.

Brak komentarzy:

Szablon by Szanella