poniedziałek, 5 maja 2014

Rozdział III - Wejście do własnego domu nigdy nie było takie trudne

 Wyjęłam telefon z kieszeni. 41 nieodebranych połączeń. Pewnie myślą, że się zabiłam. Zaraz będą dzwonić do zakładu pogrzebowego, jeśli ich nie uspokoję. Napiszę Markowi smsa
"Żyję, nie wiem kiedy wrócę, jeszcze dzisiaj ale tylko po kilka rzeczy. Mam ważniejsze sprawy na głowie niż słuchanie kazań doktora Fostera i chodzenie do szkoły:*:*"
Nacisnęłam przycisk wyślij. Po chwili otrzymałam smsa. Od Marka
"To przynajmniej powiedz gdzie jesteś!"
"Nie, bo przyjedziecie hihihihihi buziaki"
Pozostałe sms ignorowałam. Nie mam ochoty odpowiadać na nie.
-Pani Ellie panią prosi-usłyszałam słowa kierowane do mnie
-uh, dobrze... Która sala?
-186.-parsknęła pielengniarka
 Wstałam z plastikowego (jakże wygodnego) krzesła i ruszyłam w stronę ogromnych szklanych drzwi. Weszłam na schody i szukałam odpowiedniego piętra co mi trochę zajęło, bo na ogół nie miałam problemów ze zdrowiem (pomijając anoreksję) i nie musiałam nigdy odwiedzać tego miejsca. 
 Po 15 minutach poszukiwania sali w końcu ją znalazłam! 186. Zapukałam trzy razy i powoli otworzyłam drzwi. Zobaczyłam Ellie, już w lepszym stanie. Na mój widok jej twarz automatycznie rozpromieniła się. 
-Hej!
-Cześć. Jak się czujesz?
-Lepiej. Zdecydowanie lepiej. Całą noc tu siedziałaś? 
-A co miałam robić? Iść do domu? O 5 nad ranem? A poza tym: nie znasz mojej rodziny. Matka nawet by nie zauważyła. 
-Ale chociaż wiesz jak TY wyglądasz?
 Dopiero teraz do mnie dotarło, że cały czas mam na sobie bluzę, T-shirt z Kapitenem Ameryką i dresowe spodnie.  Uh.. Tak jak myślałam. Chyba będę musiała iść do domu.
-Nie chcesz iść się przebrać?
-Chyba będę musiała-wymruczałam 
-Nie chcesz?
-No... nie za bardzo
-Ale chyba musisz, przynajmniej im powiedzieć że...
-Nie mam zamiaru tym dupkom mówić o czymkolwiek!
-Em... czemu?-Teraz zauważyłam, jak bardzo Ellie jest ciekawska.
-Mam... jakby to ująć... nieciekawe relacje w rodzinie.
-Oki.
-To ja chyba już pójdę-wymusiłam uśmiech
-Okej-i jeszcze lubi słowo "OK"- tylko wróć!
-Taki mam zamiar-powiedziałam zamykając drzwi.
 
                  ***

  Otworzyłam tylne drzwi żółtego pojazdu.
-Na Wolfstreet 75.
-Już.-usłyszałam cichą odpowiedź
 Przez całą drogę obmyślałam, jak dyskretnie wejść do domu, nie robiąc afery. To może być dość trudne. Drzewo? Nie, mam zamknięte okno. Balkon- nie zamierzam wywarzać drzwi.
-To... wysiadasz?-z zamyślenia wyrwał mnie zachrypnięty głos taksówkarza.
-uh, tak.
 Zapłaciłam kierowcy i wysiadłam z samochodu. Wszystkie taksówki tak śmierdzą? 
 Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie lepiej po prostu wejść? Tak normalnie, jak człowiek... Najpierw muszę sprawdzić, czy może mam wyjątkowe szczęście i Marka nie ma w domu. 
 Powoli wyszłam zza krzaków i zaczęłam skradać się pod okno w salonie. Po drodze zaryłam kolanami w ziemię, strasznie się przy tym brudząc. W duchu miałam nadzieję, że nie narobiłam hałasu. 
 Kiedy podeszłam do ogromnego okna dyskretnie wychyliłam głowę zaglądając do środka. Nie zobaczyłam nic szczególnego; sofa, akwarium, wielki żyrandol i telweizor. To co zawsze. 
 -Nie nudzisz się?
-Cholera, pokurwiło c... oh. Od kiedy tu stoisz?
-Proszę, dokończ.-Mark tylko udawał spokojny głos. Jego oczy czasem mnie przerażały, nie wiem czemu. Jak zwykle miał ulizane, krótkie włosy, brudny od ziemi T-shirt z logiem jakiegoś californijskiego klubu futbolowego z kiczowatym podpisem "JEDZ, MÓDL SIĘ, ŁAP PIŁKĘ" i dziurawe jeansy. Spogladał na mnie, z udawaną troską.
-Ja tylko...A gówno cię to obchodzi?! Nagle zacząłeś mnie kochać?! Przyszłam się przebrać i ogarnąć. Zadowolony?
-Gdzie byłaś?
-Pozwól że powtórzę-teraz ja przemówiłam do niego tak samo udawanym głosem-A gówno cię to obchodzi?
-Jesteś trudna.
-Powiedz mi coś czego nie wiem?
-Jeżeli jeszcze raz uciekniesz to zadzwonię na policję. 
Wybuchłam niepochamowanym śmiechem.
-Proszę cię, nie rób z siebie idioty. 
-Jesteś żałosna.
-Rozśmieszasz mnie.-powiedziałam kierując się w stronę głównego wejścia. 
 Chwyciłam za klamkę i mocno przycisnęłam ją. Zamknięte. 
-ej lokaj!
 Cisza.
-Looooooooooooookaj!
 Znowu cisza. 
-Mark!
-Słucham?-wiedziałam, że tylko go denerwuję "lokajem".
-Po pierwsze: kto normalny zamyka na klucz drzwi, które są 2 metry od niego? Po drugie: otworzysz je czy mam wybić okno?
-Jak powiesz gdzie byłaś.
-Śnisz.
-Okej. Albo powiesz mi gdzie przebywałaś całą noc, albo porozmawiamy inaczej.
-Szantaż? Okej. Drogi Marku (udawany głos wrócił!). Czy pamiętasz kiedy byliśmy w Toronto w 2003?
-T-tak- oczywiście, że bardzo dobrze to pamięta.
-A pamiętasz kiedy zostawiłeś mnie (7-letnią mnie) samą w domu na 3 godziny? Jestem wielce ciekawa gdzie byłeś i z kim-złowieszczo uśmiechnęłam się spoglądając na drzwi-Pani Dawson też chętnie posłucha tej historii. Więc albo grzecznie otworzysz mi drzwi, albo równie dobrze możesz zacząć się pakować.
 Tak... Teraz to ja przejęłam władzę. Blady Mark niechętnie podszedł do drzwi, wyjął z kieszeni klucze, i otworzył je. Ręką dał mi znak, że mogę wejść.
 Zadowolana z siebie zdjęłam buty i weszłam do salonu. Automatycznie opadłam na miękką sofę. Położyłam głowę na oparciu i bezmyślnie wpatrywałam się w sufit. Lecz cały czas czułam na sobie wzrok Marka. Po cholerę on tu stoi?
 Leniwie wstałam i rozejrzałam się po pokoju poszukując czegoś, co przykuje moją uwagę. I znalazłam.
-u, whisky!
-Dotknij butelki,a załatwię ci wycieczkę do pana Fostera.
Uśmiechnęłam się pod nosem.
-Tak? A co powiesz na to?
 Wyjęłam z torebki paczkę papierosów i białą zapalniczkę. Wzięłam do ust szlugę i podpaliłam ją. Mark wyglądał na trochę bardzo zszokowanego. 
-Co ty-
 W tym momencie dmuchnęłam mu w twarz smugą szarego dymu. 
-Nie będziesz mi rozkazywać-wyszeptałam z chytrym uśmiechem. 
 Zamurowało go. Nogi wrosły mu w ziemię. Ja, roześmiana, z papierosem  w ustach, wzięłam w rękę całą butelkę alkoholu, kilka razy obróciłam się w miejscu i uśmiechnięta pokierowałam się w stronę schodów. Zanim weszłam na pierwszy stopień spojżałam przez ramię na Marka, który stał jak słup.
 Jestem w domu.


                                     ***

 Ze szpitala wyjechałam ok.10. Jest... 19!? No to powrót do domu trochę mi zajął. A już szczegółnie "odpoczywanie". No wsumie; czego się po mnie spodziewać kiedy mam przy sobie whisky? 
 Podparłam się na łokciach. Słońce mocno świeciło, oślepiając mnie. Postanowiłam wstać z łóżka, co w tym momenicie nie było najlepszym pomysłem. Spadłam z hukiem na podłogę. Dawno nie piłam, co z resztą widać po moim zachowaniu. 
 -Dobra Zoey, trzeba się ogarnąć-powiedziałam do siebie, podpierając się na szafce koło łóżka. Z trudem podniosłam się i odrazu zaczęło mi się kręcić w głowie. Spojżałam na szklaną butelkę. Pusta. I teraz pozostaje mi w głowie tylko jedno pytanie. Wrócić do szpitala, czy zostać na noc w domu? 
 Narazie odpuszczę sobie przemyślenia, i pójdę zrobić sobię kawę. Potem pomyślę.
 Powoli wyszłam z pokoju i weszłam na schody. Zchodząc z nich zauważyłam światło w kuchni. Mark pewnie coś gotuje. 
 Chwiejnymi krokami schodziłam ze schodów. Wydawało mi się, że ciągną się w nieskończoność. Idę już chyba 5 minut! 
 Po męczących 5 minutach mojego życia (które potem okazały się 15 sekundami) w końcu zobaczyłam ostatnie schodki. Podskoczyłam z radości co okazało się beznadziejnym pomysłem nr.2. Kiedy całkowicie zorientowałam się co się stało, już leżałam na patrerze. Przynajmniej dostałam się tam. 
-NIC MI NIE JEST!-wydarłam się na cały dom, myśląc, że ktoś się o mnie martwi.
 Podniosłam się z jakże wygodnej podłogi, i ruszyłam w stronę niewiarygodnie potrzebnego mi teraz ekspresu do kawy. Po drodze kilka razy potknęłam się i zaryłam stopą o stół. 
-Kto tutaj postawił to cholerstwo?!-wrzasnęłam, aż Mark wykrzywił twarz. Spojżałam w górę, na zdezorintwanego mężczyznę. 
-O! Witam! Cotamjaktamehehehehhehe-wyrzuciłam z siebie ciąg słów, niezrozumiałych dla trzeźwych. Potem wybuchłam niepochamowanym, histerycznym śmiechem.
-Jesteś nienormalna.
-Ranisz mnie! Ja myślałam, że się przyjaźnimy!-wybuchłam płaczem.
Mark głęboko westchnął i spojżał na mnie.
-eh.. Nie płacz. Jaką chcesz kawę?
-Nie odzywaj się do mnie.
-Latte z podwójną pianką?
-Tak.-wydęłam usta, i usiadłam na blacie. Czułam się, jakby mój kręgosłup miał zaraz złamać się w pół. Szukałam czegoś wygodnego do ułożenia głowy. Postanowiłam, że położę się na mikrofalówce.
-Wygodne...-cicho jęknęłam-tak bardzo wygodne...
-To mikrofaló..
-Jest milsza od ciebie.
 Chwilę tak milczeliśmy słuchając mielenia kawy. Po chwili moje latte było gotowe
-Masz, pomoże.
-KAWA!-wrzasnęłam wyrywając z ręki Marka napój. Wciągnęłam od razu całą piankę-pyszne.
-Nie chcesz iść się położyć?
-Co ty Mark! Cała noc przed nami! Tańczymy?
-Idź spać.
-Nie chcesz to nie, nie odzywaj się do mnie. Zostanę tu sobie z kawą a ty się zamknij. 
-Zaśniesz tutaj?
-A ŻEBYŚ WIEDZIAŁ!- po tych słowach opadłam na mikrofalówkę, i zasnęłam.

środa, 30 kwietnia 2014

Rozdział II - Znalazłam cię na ulicy. Będziesz moją siostrą?

 Usłyszałam ten sam pisk kobiety, tak samo przerażający i głośny. 
-Gdzie jesteś?!-wrzasnęłam 
Nie usłyszałam nic, prócz zduszonego krzyku. Przez mgłę nic nie widziałam, ale biegłam w stronę dobiegającego do mnie dzwięku. Po krótkim biegu dojrzałam zarysy postaci, leżała na ziemi. Szybko podbiegłam do niej.
-Co ci się stało?!
-Dzwoń na policję- usłyszałam i szybko chwyciłam za telefon. Wykręciłam numer policji i przyłożyłam słuchawkę do ucha.
-Halo?
Spojrzałam na kobietę. Była zapłakana, patrzyła na mnie wzrokiem, jakby jej życie zależało ode mnie. Poczułam wielki ucisk w gardle.
-Halo?!-dopiero teraz dotarło do mnie, że możliwe że właśnie ratuję czyjeś życie
-Chryste Panie! Proszę panią, jestem na ulicy... kurwa- obejżałam się za siebie. Szybko szukałam wzrokiem nazwy ulicy na jakimś domu, bo odbiegłam kilkaset metrów od mojego i na pewno to nie jest ta ulica.
-Jaka to do cholery ulica?!-mruknęłam do siebie.
-Proszę podać ulicę!-usłyszałam ze słuchawki
-Już, już. Tylko do cholery nie wiem jaka to!
-To prosze podać mniej-więcej swoje położenie.
-em... Dobrze. Więc przybiegłam z Wolf Street 75 jakieś 200-300 metrów w stronę centrum Denver. Na ulicy leży kobieta, nie wiem do końca co jej się stało, ale jest posiniaczona i osłabiona. Proszę jak najszybciej przyjechać-powiedziałam prawie płacząc
-Zrobimy co w naszej mocy. Proszę położyć kobietę na chodniku i czekać na pomoc. Wezwiemy karetkę.
-Dobrze dziękuję-znów spojrzałam na twarz kobiety, nawet nie! Dziewczyny. Była chyba w moim wieku, albo starsza. Miała brązowe oczy i włosy. Miała wręcz fioletową twarz. Straszny widok, widzieć kogoś tak podobnego do mnie w takim stanie. 
-Dziękuję- wyszeptała dziewczyna
-Nie ma za co-powiedziałam lekko uśmiechając się- wstań, przeniosę cię na chodnik.
Pomogłam jej wstać i razem przeszłyśmy przez ulicę. 
Usiadłam na ziemi, a ona położyła się obok mnie. Zauważyłam, że jest jej niewygodnie, i ułożyłam jej głowę na moioch kolanach. Ona uśmiechnęła się lekko. 
-Jak masz na imię?-spytała
-em.. Zoey
-Ja nazywam się Ellie-odparła
-A właściwie... to co się stało?-Zapytałam ciekawa. Zobaczyłam, że jej wyraz twarzy zmienia się na bardziej ponury.
-em, przepraszam. Nie powinnam była...
-Nie szkodzi. Dobrze, że pytasz. Podszedł do mnie jakiś gość, widziałam go wcześniej, śledził mnie. Po prostu podszedł i dostałam w brzuch. Zabrał mi torebkę, jeszcze chwile posiłował się ze mną i odbiegł, gdy usłyszał że biegniesz. 
-Znasz go?
-Nie, a poza tym miał kominiarkę. 
-A-Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Po kilku minutach usłyszałyśmy dzwięki syreny, i szczekanie sąsiednich psów. Światła powoli zapalały się w każdym domu,a ludzie wychodzili ciekawi na ulicę. Nawet nie zauważyłam, kiedy karetka z dwoma radiowozami podjechały do nas. 
-Czas na ciebie-wyszeptała dziewczyna dając mi znak, że mam iść.
-Jadę z tobą, nie zostawię cię.-odpowiedziałam sucho
-Ale nawet mnie nie zna...
-Dobry wieczór.-przerwał jej lekarz, który odrazu wyjął małą latarkę ze swojej torby i zajżał Ellie w oczy. Szybko zbadał rany i zawołał kolegów, by pomogli mu przenieść dziewczynę na nosze.Trzej mężczyźni zrobili to dosłownie w kilka sekund. Bezmyślnie wpatrywałam się w oko mojej nowej znajomej. Było sine, ktoś musiał na prawdę jej nienawidzić, żeby zrobić coś takiego.
-Pani z rodziny?-podszedła do mnie pielengniarka
-Co?
-Pytam się: czy jest pani z rodziny poszkodowanej?
-em..-spojżałam na Ellie, siną Ellie-Tak. Jestem... jej siostrą.
-Dane osobowe twoje i poszkodowanej proszę.
-Ja to Zoey... Morrison!-serio, nie mogłam wymyślić nic lepszego, niż nazwisko które miał mój idol?! Czy jestem aż taka głupia?! Mam nadzieję, że pielengniarka nie ma zielonego pojęcia kto to był Jim Morrison- 28 luty 1996 i Ellie Morrison (ja aka najgłupsza osoba na świecie drugi już raz) 28 luty 1996: tak samo.
-Dziękuję.
Kiedy kobieta odeszła, jebnęłam się w twarz. Myślałam że większą idiotką już być nie można.
 Po krótkiej obserwacji lekarzy, wkońcu kazali mi wejść do ambulansu. Usadowiłam się koło Ellie patrzącej na mnie z niedowierzeniem.
-Co ty tu robisz?!
-Od dzisiaj masz na nazwisko Morrison i jesteśmy siostrami bliźniaczkami, dobrze? 
-Mam na nazwisko jak Jimi! Ale zajebiście!
-Lubisz The Doors?-patrzyłam z ciekawością
-Czy lubię The Doors? Rozmawiasz z ogromną fanką Doorsów!
Ellie zaśmiała się razem ze mną. Po chwili nieświadomie zaczęła nucić Hello I Love You (jak na ledwo żywą robiła to dostć głośno, ale to chyba ja poprawiłam jej humor).
Dołączyłam się do niej. Lekarze patrzyli na nas jak na idiotki. No bo w sumie: kto normalny śpiewa w ambulansie przebój lat 70 ze swoją prawie nieżywą siostrą bliźniaczką o nazwisku Morrison, jak ten najfajniejszy na świecie ćpun?




sobota, 29 marca 2014

Rozdział I - 3 w nocy to najlepsza godzina na wycieczki po dzielnicy.

 Zimny powiew powietrza działa dobrze. Jest najlepszy na depresję, chociaż
niewiele dotąd zdziałał. Kiedy wychodzę czuję się lepiej, ale i tak "lepiej" to za
mało powiedziane. Powinnam teraz siedzieć w gabinecie doktora Fostera i oglądać 
bezsensowe obrazki, które jakimś cudem miały mi pomóc w leczeniu depresji i anoreksji. 
Głównie widziałam w nich tylko wspomnienia związane z tatą lub krew. Najczęściej
był to klif nad Atlantykiem, niedaleko Nowego Jorku. Byłam tam z tatą raz, zabrał 
mnie na lody włoskie i poszliśmy oglądać zachód słońca. A dwa dni później mojego 
taty już nie było. Zginął w katastrofie 11 września. Miałam 5 lat, a pamiętam jakby
to było wczoraj. Za dobrze to pamiętam. Za dobrze pamiętam każdy zadany mi cios.
 Przetarłam łzę spływającą po moim policzku. Nie lubię płakać, chociaż to już dla mnie normalne. Codziennie płaczę, nawet czasem moje wybuchy nie są uzasadnione. 
 Gdyby Mark nie wziąłby mnie do psychologa 2 lata temu teraz byłabym już razem z 
tatą. Mark jest w sumie jedynym człowiekiem na ziemi z którym porozumiewam się 
normalnie.
 Matka nie interesuje się mną. Dla niej jest ważna tylko praca, pieniądze i 
alkohol. Nie mówię, że jest alkoholiczką, ale pije dużo. Jest kimś tam ważnym w 
rządzie Denver. Mało mnie to obchodzi. Tak samo jak ja, obchodzę ją.
 Wyjęłam z kieszeni telefon. Za 5 minut powinnam kończyć wizytę. Ups, mam to w 
dupie. Powoli będę wracać w stronę domu. Mark jak zwykle będzie gotować albo 
sprzątać, a moja rodzicielka będzie w pracy. A ogólnie z innymi też jest chujowo.
 Zaczęłam iść w stronę domu. Na szczęście park o 18 nie jest zaludniony. Jest 
domem odrzutków, bezdomnych i narkomanów. I jeszcze jednej zdepresowanej 
anorektyczki.

                 * * *
-Co chcesz na kolacje?
-Zgaduj.
-Znowu będziesz wymiotować...
-A co cię to obchodzi? I tak zrobię co chcę. Nie wysilaj się.
-Kiedyś byłaś słodka a...
-A potem pojechaliśmy do Nowego Jorku-dokończyłam i poszłam do mojego pokoju. Na 
wejściu głęboko westchnęłam. Od razu poczułam zapach dzikich jagód i grejpfruta- 
mojego ulubionego zapachu. Wnętrze było wyposażone w drewniane meble z Ikei, a
ściany obwieszone plakatami rockowych oraz alternatywnych muzyków i zespołów. Ściany 
bez zdjęć były szare, a na jednej z nich wisiała wyblakła i podarta flaga USA. Pod 
nią wisiało  zdjęcie mojego taty. Zrobione właśnie na klifie, kilka dni przed
najgorszym dniem w moim życiu.
 Gdyby nie śmierć taty, mieszkałabym teraz z młodszym rodzeństwem, matką, tatą i 
Markiem w Los Angeles. Mieliśmy tam się przenieść miesiąc po tragedii. Moja mama
była w 4 miesiącu ciąży. Kiedy tata zginął zrobiła aborcję, bo uważała, że nie 
będzie w stanie opiekować się tym dzieckiem. Miałam tylko 5 lat. Wtedy to był dla 
mnie ogromny szok. Już w takim wieku odsunęłam się od ludzi, a szczególnie od
matki. Nie ufam jej. Widać ona odnosi się tak samo do mnie, jak ja do niej. Ale i 
tak jej życie jest 1000 razy lepsze niż moje. Jedyną osobą która się mną opiekuje 
jest Mark,  którego i tak nie lubię. Między innymi to był powód mojego "rozstania"
ze społeczeństwem. Chodzę do szkoły pod przymusem. Nienawidzę tego. Nie chodzi o naukę, ale o ludzi. Suki, odpierdolą się kiedy przekupi się je lub zaprzyjaźni. To 
idzie jak domino; od siostry do siostry, od bogatej do bogatej. Moja rodzina...
Moja matka też jest bogata, ale na całe szczęście nie odjebało mi jeszcze. Tak jak 
mojej mamie. 
 Włożyłam do odtwarzacza IPhone'a, przejechałam opuszkiem palca po wyświetlaczu i wybrałam pierwszą piosenkę, która była najbliżej mojego palca. Pierwsze dźwięki 
piosenki wydostały się z głośników, kiedy ja włączałam laptopa. Rozsiadłam się na 
kremowej pościeli. W sumie, kiedy zostaję sama lubię poczuć się dziewczyną. Ale 
taką typową; gada z przyjaciółkami przez skype 4 godziny, kupuje zapachowe świece,
nosi super ciuchy. Z jednej strony nienawidzę tych (fałszywych, wrednych itd)suk, 
ale z drugiej zazdroszczę im. Są obsypane ludźmi, piękne, chude. Mają 
codziennie idealne włosy; jedne czekoladowe, inne matowy blond. Jedna dziewczyna w tej paczce "królowych" ma szaro-wrzosowe włosy. Bardzo suche, pewnie często je 
farbowała. Codziennie nosi sukienki.Beżowe lub miętowo-turkusowe. Do tego 
nosi te same tenisówki od Lacoste, białe, lekko schodzone.  I zawsze ma tą samą 
skórzaną kurtkę,czarną do bioder, nigdy nie zapiętą. Jej koleżanki wraz z nią chodzą
do drogich sklepów, ostatnio jedna ukradła szalik od Dior. Była niezła draka, 
kiedy dowiedzieli się o tym w szkole. Stała się pośmiewiskiem, ale tylko przez 
chwilę, głównie dlatego że była jedną z "tych lepszych". Kiedy ktoś napisał o tym
na facebook'u jej ojciec pozwał autora wpisu. 
 Od razu zalogowałam się na twitter'a. Posiedziałam chwilę, wyżaliłam się kilku 
osobom i po odsłuchaniu kilku piosenek poszłam się umyć.

                       * * *

 Powoli przetarłam oczy. Wyjrzałam za okno. Czarne niebo, księżyc zasłonięty szarymi 
smugami chmur- jak zwykle o 3 w nocy. Walnęłam głową w poduszkę. Chwilę tak
poleżałam, wpatrywałam się w plakaty. Z bezsensownego wpatrywania się w ścianę 
wyrwał mnie przerażający kobiecy krzyk z zewnątrz. Automatycznie zerwałam się z 
łóżka na równe nogi (wiem, jak na taką samotną osobę jestem strasznie wrażliwa na
cudzą krzywdę) i podbiegłam do okna. Zobaczyłam tylko krople deszczu przelatujące 
przez światło z ulicznych latarni i mgłę. Po kilku minutach wpatrywania się w 
"mleko" postanowiłam wyjść przed dom. Ubrałam ciepłą bluzę  i dresowe spodnie. Schodząc ze schodów złapałam latarkę. Przed drzwiami założyłam buty i cicho chwyciłam za klamkę, żeby nie zrobić afery. Po cichu modliłam się, żeby Mark nie włączył alarmu. Przycisnęłam klamkę i... na całe szczęście mój lokaj Mark, ma chyba najgorszą pamięć na świecie. Zamknęłam drzwi i szybkim krokiem ruszyłam w stronę ulicy. Przez pierwszą chwilę nie widziałam nic specjalnego. Cofnęłam się do furtki.

środa, 26 marca 2014

PROLOG

Masz tak, że znasz kogoś zaledwie chwilę, a jesteś gotowy oddać za niego życie? Zrobisz dla niego wszystko? Dziwne... prawda? Wszyscy mają wrażenie, że osoby które przyjaźnią się od niewiadomo ilu lat znają się na wylot. Ale ja wiem jedno; przyjaciół trymaj blisko, ale osobę poznaną 10 minut temu najbliżej. 

OKO ZA OKO AŻ WSZYSCY OŚLEPNĄ.
Szablon by Szanella